sobota, 31 października 2009

jak w restauracji

Czasami lubię celebrować.
Poczuć się w domu, jak w restauracji.
Nastrojowa muzyka
Piękna zastawa.
Dobre wino.
A na koniec - nikt nie przychodzi z rachunkiem:)



łosoś w czerwonym pesto na sałacie francuskiej
/przepis autorski
porcja dla 2 osób/



ryba:
400g świeżego łososia
2 łyżki czerwonego pesto*
sok z połowy cytryny

sałata:
pół sałaty lodowej
gruszka (może być z kompotu)
10 czarnych oliwek
garść orzechów włoskich
ser rokpol

sos do sałaty:
2 łyżki oliwy
2 łyżki wody
1 łyżka balsamico
1 łyżka
czerwonego pesto
1 ząbek czosnku



Łososia skrapiam cytryną i na 1 godzinę wstawiam do lodówki.
Po wyjęciu, smaruję czerwonym pesto i na 20 min. wkładam do piekarnika nagrzanego do 170st.
Na ostatnie 5 min. dodaję również orzechy by się podprażyły.

Sałatę układam na talerzach, posypuję pokruszonym rokpolem, orzechami, cząstkami gruszki i oliwkami. Polewam sosem i odstawiam na 15 min.

Kawałki upieczonego łososia układam na sałacie.
Podaję z pieczywem.

Smacznego!





* użyłam Pesto Rosso firmy Baresa (z Lidla, 185g za 4.99zł!). W jego skład wchodzą: suszone pomidory, orzechy nerkowca, pecorino romano, oliwa, czosnek i bazylia.
Podobnie, jak w przypadku pesto zielonego, o którym pisałam TU, używam go do sosów, makaronów, mięs i ryb a także, jako pasta na kanapki.
Gorąco polecam!

czwartek, 29 października 2009

po amerykańsku

Chili con carne robi się samo.
Właściwie kluczowe jest tylko mięso. Musi byc wysokiej jakości, absolutnie nie z marketu (bo tam sama woda), a najlepiej z pewnego źródła i samodzielnie zmielone.
Ja, od ponad roku, kupuję mielone tylko w "Prosiaczku" . Miłe Panie mielą kawał mięcha, który mi się podoba i zawsze jest pyszne.



Właściwie robię tą potrawę od lat tak samo - rzadko eksperymentuję, rzadko coś zmieniam - bo po prostu bardzo nam smakuje takie, jakie jest.
Robić chili con carne nauczyła mnie  Elisabeth - Amerykanka polskiego pochodzenia, którą poznałam w Bambergu.
Przyznała, że w Stanach (pochodziła z New Jersey) jest to właściwie potrawa narodowa i pojawia się w jej menu niemal co tydzień. Przepraszała, że podaje mi coś tak trywialnego, a ja zachwycona wzięłam dwie dokładki, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadłam.
Do dziś, to pierwsze chili con carne, które jadłam 7 lat temu u Elisabeth, to mój niedościgniony wzór.
Może to kwestia składników (puszki z fasolą w sosie chili płynęły z nią statkiem do Europy, bała się bowiem, że w Niemczech ich nie dostanie:), może doprawienia, a może po prostu zawsze bardziej nam smakuje gdy, ktoś postara się dla specjalnie dla nas.

Chili con carne wywodzi się oczywiście z Meksyku ale tam ponoć używają surowej fasoli, którą najpierw długo moczą,  gotują i duszą, a wołowinę podają pokrojoną w drobną kostkę, a nie mieloną.
Moją więc wersję chili con carne nazywam raczej amerykańską niż meksykańską.
Bo to taki właściwie... fast food:)




chili con carne
/przepis dla 3 osób/

0.25 kg mielonej wołowiny
0.25 kg mielonej wieprzowiny
drobno posiekana cebula
2 ząbki czosnku
puszka czerwonej fasoli konserwowej
puszka pomidorów pelati
mały koncentrat pomidorowy lub mały kartonik sosu pomidorowego
mieszanka przypraw "chili con carne"  (pół opakowania)
gęsta śmietana  (opcjonalnie)

Na oliwie szklimy cebulę z czosnkiem. Odstawiamy.
Smażymy mięso, mocno rozdrabiając je widelcem. Gdy zaczyna lekko brązowieć dodajemy przyprawy. Przesmażamy jeszcze 7-10 min. Wrzucamy cebulę z czosnkiem. Dodajemy fasolę, pomidory z puszki i podlewamy wodą (wystarczy pół szklanki). Smażymy, często mieszając. Zagęszczamy koncentratem.
Niektórzy wolą jeść tą potrawę płynną niczym zupa, ja lubię, jak jest gęsta. Dlatego smażę tak długo, aż wyparuje cały sok z pomidorów.

Podajemy z pieczywem i sałatą.
Smacznego!


Uwagi dodatkowe:
1. Staram się robić chilli con carne dzień przed podaniem. Bo im częściej je odgrzewamy, tym jest smaczniejsze.

2. Baza, jaką jest chili con carne może służyć równie dobrze, jako nadzienie do naleśników na ostro, tortilli tacos, pit czy calzone. Ja lubię ją też na zimno, jako mięsną pastę do pieczywa.

3. Wspaniale smakuje z kleksem gęstej kwaśniej śmietany, szczególnie jeśli chcemy trochę zneutralizować ostrość przypraw.

4. Do przyprawiania używam mieszanki "chili con carne" firmy Kotanyi.  Jeśli jej brakuje dodaję po prostu sól, pieprz, paprykę słodką, paprykę ostrą i oregano. Jeśli akurat mam - wkrawam ostrą papryczkę lub kilka ziaren piri-piri ze słoiczka.

5. Ostatnio w Lidlu kupiliśmy czerwoną fasolę w meksykańskiej salsie na ostro. Dodałam ją zamiast przypraw. Wyszło ostro, ale rewelacyjnie!


A na koniec anegdotka...
Kiedyś robiłam chili con carne dla gości - na chwilę przed ich przyjściem spróbowałam potrawy i.... myślałam, że wyzionę ducha. Tego nie dało się przełknąć, wypalało  gardło i wnętrzności . Gdy spojrzałam na opakowanie przyprawy prawda wyszła na jaw. Zamiast "mieszanki przypraw" do chili con carne kupiłam czystą papryczkę chili, a że robiłam danie z kilograma mięsa... wsypałam całą zawartość saszetki!Nawet lubiący potrawy na ostro Wojtas nie dał rady.
Chili con carne spłynęło wraz z wodą w ubikacji a my... zamówiliśmy pizzę:)

razem





Udał się Słodziakowi urodzinowy spacer.
Słońce świeciło i przygrzewało.
Wszystko dookoła żółciło się i złociło.
Co chwilę przychodził kolejny sms z życzeniami.
W skrzynce na listy czekała miła niespodzianka, którą rozpakowałyśmy w parku.
Huśtawka na placu zabaw była wolna, więc Słodziak używał do woli.
W ogóle cały park był pusty - tylko gawrony i kaczki - tak jakby został wynajęty specjalnie na ten dzień i tylko dla Jubilatki:)
Po innych dzieciach ani śladu...
No, za wyjątkiem uroczych rysunków kolorową kredą:)

Dlaczego złota jesień trwa tak krótko?
Mnie te kolory wokół napełniają energią i optymizmem.
A w  takie dni, jak ten, nie tęsknię za niczym.
Cieszę się, że jesteśmy TU i TERAZ.
Od dwóch lat RAZEM ze Słodziakiem:)





środa, 28 października 2009

piekę

Coś mi się ostatnio odmieniło.
Coraz więcej piekę, a przecież zarzekałam się zawsze, że umiem robić tylko dwa ciasta na krzyż.
A tu nagle się okazuje, że i szarlotka mi wychodzi i słodkie omlety robię nie najgorsze.
Że śliwkowe - choć w pierwszej chwili mi nie smakowało - okazało się  bardzo dobre.
Mój sernik z brzoskwinią pochwaliła nawet Siorra, która w kwestii serników ma zdanie mocno krytyczne.
A teraz na dodatek zrobiłam (z dużą pomocą Siorry właśnie) słodkie jogurtowe bułeczki, według przepisu Liski i są... no po prostu fantastyczne!

Człowiek rozwija się kulinarnie przez całe życie.
A jesienią jakoś tak chyba szczególnie.
Za oknem często zimno i plucha.
Apetyt na słodkie wzmożony.
Droga do najbliższej cukierni jawi się, jako wielka wyprawa.
Wszystkie potrzebne składniki do stworzenia czegoś słodkiego i smakowitego mam pod ręką.
Więc po prostu wyjmuję miskę, łychę, wałek i zabieram się do pracy:)




Scones - czyli jogurtowe bułeczki wg Liski
/z podanych składników wyszło mi 30 małych bułek/

260 g mąki pszennej
150 g greckiego jogurtu lub jogurtu naturalnego /ja użyłam jogurtu naturalnego "Jana"/
1 jajko
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
70 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
40 g drobnego cukru
garść rodzynek
2-3 łyżki jogurtu do posmarowania bułeczek przed pieczeniem

Mąkę wymieszałam z proszkiem do pieczenia. Posiekałam z masłem i dodałam pozostałe składniki. Wyrobiłam gładkie ciasto.
Do części ciasta dodałam rodzynki, do drugiej nie.
Na oprószonej mąką stolnicy rozwałkowałam ciasto na grubość ok. 2 cm.
Wykrawałam kółka o średnicy 4 cm. Wierzch posmarowałam jogurtem.

Piekarnik nagrzałam do 220 st C, ułożyłam placuszki na wyłożonej pergaminem blasze.
Pierwszą serię trzymałam w piekarniku ok 12 min., drugą trochę krócej bo był już bardzo mocno nagrzany.





Wyszły  z n a k o m i c i e!
Pyszne zarówno na ciepło, jedzone z masłem i konfiturami, jak i wiele godzin później, gdy stały się już bardziej kruche, chrupiące.
Ciekawe jak będą smakowały jutro?
Jeśli dotrwają:)

poniedziałek, 26 października 2009

dwa smaki

Słońce! Ciepło!
Wrzucam zimowy płaszcz i kozaki z powrotem do szafy.
I idę ze Słodziakiem na długi, długi spacer, aby skorzystać z tej wiosny w październiku.
Wędrówkę kończymy na Rynku Wildeckim, gdzie kupujemy pomidory, drożdże i mozarellę.
Bo dziś na obiad pizza.

Lubię pizzę za nieskończoną liczbę kombinacji. Za to, że można ją zrobić właściwie z wszystkiego.
I choć mówi się, że te klasyczne: margherita czy siciliana są najlepsze, to jednak  lubię eksperymentować.
Świetnie sprawdza się na niej tuńczyk, salami, szynki wędzone.
Ostatnio lubię również pizzę z kurczakiem, papryką i rodzynkami.
Czasem szaleję z serami, innym razem eksperymentuję z rukolą, kaparami, orzechami.
Dziś nie umiałam się zdecydować na jeden zestaw smakowy, więc smaki są dwa.
Trochę mięsnie, trochę rybnie i na dodatek z pesto:)
Najważniejsze by ciasto wyszło i było takie, jak trzeba - cienkie, kruche na obrzeżach, wilgotne pod farszem.

No to do roboty!





pizza "dwa smaki"
/przepis autorski dla 3 osób/


Ciasto:
2 i 1/2 szklanki mąki
 szklanka ciepłej wody
1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki drożdży w proszku
1 łyżka oliwy

Okład:
2 kulki mozarelli
2 łyżki startego pecorino
mała puszka sardynek
5 plastrów szynki
sos pomidorowy 
2 łyżki zielonego pesto
ząbek czosnku
10 oliwek zielonych
10 oliwek czarnych
1 duży pomidor
            

Mąkę przesiewam. Dodaję do niej drożdże i sól. Mieszam. Stopniowo dodaje ciepłą wodę i olej. Urabiam sprężyste ciasto. Odkładam w ciepłe miejsce na 30 min. by urosło.
W tym czasie kroję oliwki, pomidory i mozarellę na plasterki, osączam sardynki a szynkę kroję na mniejsze kawałki.
Wyrośnięte ciasto wałkuję i kładę na natłuszczoną blachę. Smaruję sosem pomidorowym. Na jednej części układam szynkę i ciemne oliwki, na drugiej sardynki i zielone oliwki. Całość okładam plastrami pomidorów i mozarelli. Wyciśnięty ząbek czosnku dodaję do pesto i gdzieniegdzie kładę z niego kleksiki. Na koniec posypuje startym pecorino (lub innym serem twardym)
Zapiekam w  piekarniku nagrzanym do 180st przez 15 min. (bez termoobiegu)

Smacznego!





A tak przy okazji...
Gdzie jest Wasza ulubiona pizza w Poznaniu?

Bo ja najbardziej lubię:
Pizzę Szefa i Casa Mia w pizzeri Casa Mia na Szpitalnej 27 ab
El Greco, Orient i Pesto z Tivoli na św.Czesława 3
Luna z La Luccioli na Głogowskiej 50
Pizzę z Prosciutto di Parma i rukolą z Estelli na Garbarach 41 oraz Quatro Formaggi z Mezzoforte na Piekarach 5

w butiku

Piątkowa wyprawa do "Almy" nie zakończyła się sukcesem.
J. narobiła mi smaka na pismaniye, a tej już nie było. Pani z obsługi ze zdziwieniem stwierdziła, że wykupiono cały zapas. Nie wiedziałam, że ten blog ma aż taką siłę przebicia! A może to właśnie J. kupiła wszystko?  hehe:)
No cóż, ponoć pod koniec tego tygodnia ma być świeża dostawa tureckiej wełny.
A ja, by jakoś przełknąć gorzki smak porażki, udałam się do najulubieńszej kawiarni w Starym Browarze - Boutique Chocolaterie.



Co prawda, moje pierwsze wrażenie z tego  miejsca było nieco mieszane. Było to chyba rok temu.
Kawa wyborna, smakowita czekoladka ale okropny kelner, który patrzył mi w oczy wyzywająco i z pogardą bo nie zostawiłam mu napiwku.
Powiedziałam sobie, że już więcej tam nie pójdę. Ale cafe creme, taka jaką lubię, ze spienionym ciepłym mlekiem podanym w mleczniku i kuszące czekoladki zrobiły swoje. Przemogłam się i...okazało się, że kelner się zmienił:) Po tamtym gburze śladu nie ma. Teraz miły i zawsze uśmiechnięty ale nienarzucający się chłopak oraz przemiła kierowniczka sprawiają, że każde zakupy w Browarze zwieńczam właśnie w czekoladowym butiku.
Odpowiada mi również położenie tej kawiarni - w holu nowej cześć Browaru, z widokiem na  park, tuż koło wielkiej szachownicy, po której hula Słodziak.



Ceny, jak na tego rodzaju przybytek nie są wygórowane. Za 10 zł dostaję zestaw (kawa + czekoladka).
Moje ulubione to mleczna, pistacjowa i nugatowa. Za ciemnymi nie przepadam, trufla była dla mnie za ciężka - ale prawdziwi smakosze czekolady  powinni być zachwyceni.
Oczywiście można kupić tam również sernik, jabłecznik czy tiramisu (ceny od 10 do15 zł za spory kawałek) ale to czekoladki są specjalnością zakładu.
I tylko za każdym razem  zapomniałam zapytać, jaką kawę parzą - ale nadrobię to podczas następnej wizyty. Kto wie... może jeszcze w tym tygodniu?

Boutique Chocolaterie
Poznań
Stary Browar
Pasaż, poziom +0, lokal 9
godz. otwarcia 9.00-21.00


przykładowe ceny:
czekoladki: 3zł/szt
tiramisu: 14zł
espresso: 6zł
cafe creme: 7zł
cappuccino: 8zł

czwartek, 22 października 2009

ciasto na drugi dzień



Urodzaj śliwek na Rynku Wildeckim, węgierki, renklody i te z podpisami "b. słodkie" lub "bez robaka".
Kupiłam kilo tych miękkich, dużych, bezrobakowych, część wyjadłam z reszty zrobiłam ciasto.
Niestety... nie wyszło.
Było suche, głównie dlatego, że trochę za późno wyjęłam je z piekarnika.
No nic, pomyślałam. Nie zawsze musi być pięknie.

A dziś, po powrocie ze spaceru, na którym trochę zmarzłyśmy ze Słodziakiem, zaparzyłam sobie truflowej herbaty, ukroiłam kawałek śliwkowca i...
Okazało się, że jest  p r z e p y s z n y!
Wilgotny tam gdzie dotyka się ze śliwką, chrupiący po bokach, nie za słodki.
Tak więc, podobnie jak piernik stanie się moim "ciastem na drugi dzień"
Co nie zmienia faktu, że następnym razem wyjmę go z piekarnika 5 minut wcześniej:)



ciasto ze śliwkami
/porcja na blachę o średnicy 26cm/

15dag masła
szklanka cukru
jeden cukier waniliowy
szczypta soli
1 i 1/2 szklanki maki
3 jajka
1 łyżka proszku do pieczenia
0,5 szklanki mleka
pół kilo śliwek (można dodać więcej)
łyżka cukru trzcinowego

Masło ucieram z cukrem i cukrem waniliowym, dodając szczyptę soli. Wbijam po jednym jajeczku i ucieram, ucieram.
Mąkę łączę z proszkiem do pieczenia i dodaję po trochu, na przemian z mlekiem - cały czas mieszając (można użyć miksera ale nie na dużych obrotach). Gdy ciasto będzie jednolite, sprężyste wylewam je na wyłożoną pergaminem blachę .
Obkładam ciasto połówkami śliwek.
Piekę w temp. 170 st. przez 55 min.
( jeśli używacie termoobiegu, skróćcie czas o ok.10 min).
Po wyjęciu z piekarnika od razu posypcie cukrem trzcinowym (można dodać też cynamon).
Spróbujcie gdy ostygnie.
Jeśli wyda Wam się niesmaczne - nie wyrzucajcie go, tylko poczekajcie przynajmniej jeden dzień:)

Smacznego!






Przepis jest dość mocno zmodyfikowaną wersją z dodatku do "GW"
Spotkanie Fioletowe, nr 28.
z serii Nowa Kuchnia Polska

na jesienne słoty

Dla J. i wszystkich, których dopadło jesienne przeziębienie.
I dla tych, którzy chcą go uniknąć.
Niezastąpiona Babcia Alina i jej mądrości:)

 - Ubierajmy się stosownie do pory roku.
 - Unikajmy wilgoci.
 - Jeśli trzeba, leżmy w łóżku.
 - W żadnym wypadku nie myjemy okien i nie robimy generalnego sprzątania, korzystając z tego,  że jesteśmy na zwolnieniu lekarskim.
 - Używajmy do nosa chusteczek higienicznych.
 - Pijmy herbatę z dodatkiem cytryny, soku malinowego lub z czarnej porzeczki.
 - W czasie przeziębienia najlepiej nie palmy papierosów, bo niszczą witaminę C.
 - Jedzmy potrawy lekkostrawne i dużo owoców.
 - Kiedy sami kichamy i nie czujemy się najlepiej - nie chodźmy do kina, teatru czy z wizyta, bo po co mamy kogoś zarazić.

Do tego ostatniego zastosowała się przykładnie J. i dlatego nici z naszej jutrzejszej kawy.
Zdrowiej Kochana!
Może pomoże Ci napotny napar  wg Babci Aliny:

Zrób mieszankę suszonych: kwiatów lipy, owoców malin i kory wierzby. Co wieczór, jedną łyżkę tegoż suszu zalej wrzątkiem. Zaparzaj przez 20 min. Wypijaj. Poty będą  jak ta lala!

A tak przy okazji...
Jedno z moich najsilniejszych wspomnień z  dzieciństwa to syrop z cebuli na kaszel. Piłam go właściwie podczas każdego przeziębienia czy anginy. Wtedy krzywiłam się strasznie, ale gdy byłam w ciąży (i nie chciałam leczyć się metodami farmakologicznymi), zrobiłam sobie ów syrop i smakował  wybornie, a co najważniejsze pomógł.
Gdy mieszkałam w mieszkaniu studenckim, moje współlokatorki -  Asia i Bonka - również sprzedawały mi  naturalne receptury. Asia, przywoziła z ogródka swojej mamy owoce pigwy. Wkrawałyśmy je do herbaty zamiast cytryny. Ponoć miały właściwości wzmacniające. Ale gdy i tak złapało mnie jakieś późnojesienne choróbsko Bonka ratowała swoją recepturą - do gorącego mleka z miodem wciskała  kilka ząbków czosnku. Powalająca kuracja dla mnie, jak i reszty domowników, ale rezultaty były.
Z kolei moja Babcia Janka polecała hodować geranium, jako roślinę, nie tylko pięknie pachnąca ale i absorbującą wszelkie wirusy i bakterie.
Ach, te ludowe madrości. O ileż ciekawsze i tańsze, niż wizyta w aptece...

środa, 21 października 2009

zielono

Już jakiś czas temu obiecałam, że napiszę o pesto.
I od razu zacząć muszę od usprawiedliwień, rumieńców wstydu i zająknięć, gdyż.... bibip... bibip....
Nigdy nie zrobiłam pesto samodzielnie. A skądinąd wiem, że to wcale łatwe i nie do porównania z tym, kupowanym w sklepach, w formie gotowej i zasłoiczkowanej.
Tak czy siak.
Lubię, wręcz wielbię, pożeram często i w różnorakich odsłonach.
Wszystko zaczęło się... hmmm właściwie nie pamiętam kiedy i jak. Pewnie na początku studiów i najpewniej pierwszy raz jadłam je u Wandy, która zawsze była "do przodu" z nowinkami kulinarnymi:)

Zachwycił mnie nie tylko smak i aromat, ale szybkość (a to bardzo ważne w moim kucharzeniu) przygotowania potraw z pesto.
Jednak do niedawna był to swoisty wydatek (słoiczek zielonego pesto w marketach typu "Alma" czy "Piotr i Paweł" kosztuje od 10-20zł). Na szczęście odkryłam, że w Lidlu, można kupić bardzo dobrej jakości pesto (zarówno zielone, jak i czerwone, o którym napisze przy innej okazji) za jedyne 4,99 (za 185g)!
Od tego czasu nie kupuję innego i robię spore zapasy, by zawsze mieć je pod ręką.
Bo pesto może służyć, nie tylko, jako dodatek do dań makaronowych, tortellini czy ravioli.
Można wraz z białym serkiem dodać je do pierogów.



Można posmarować nim grzankę i sprawić by była wyjątkowa.
Można nałożyć pesto na kawałek łososia i zapiec go w piekarniku.
Można dodać odrobinę pesto do wszelkich sosów (szczególnie jasnych, śmietanowych), do naleśników z pikantnym nadzieniem, nałożyc na pizzę, dodać do zupy (np. warzywnej) etc. etc.
Wszystko dozwolone, zielone światło dla zielonego pesto!
Kombinujcie, a znajdziecie. Zaręczam!


A co właściwie wchodzi w skład pesto alla genovese?
Oto przepis dla niewtajemniczonych. Źródło to Mała Szkoła Gotowania, o której pisałam TU.

nasionka pinii (30dkg)
parmezan (lub inny ser twardy) (50g)
czosnek (2 ząbki)
bazylia (2 pęczki)
i oliwa z oliwek (8 łyżek)

Nasionka pinii (owszem, dostępne w lepszych delikatesach) trzeba uprażyć na suchej patelni a następnie zmiksować z czosnkiem i bazylią.
Wlać trochę oliwy i miksować nadal. Następnie dodać ser. Miksować, miksować i stopniowo dolać resztę oliwy. Później przyprawić do smaku solą i pieprzem.

Tak przygotowane pesto można włożyć do słoiczka, zalać dobrą oliwa z oliwek i trzymać w lodówce do 2 tygodni.


U mnie by tyle nie wytrzymało:)
Ale coś mi się widzi, że sama siebie przekonałam, do tego by zrobić pesto samodzielnie. Przecież takie świeże, świeżusieńkie to już w ogóle musi być rozkosz dla podniebienia!

A tymczasem podaję przepis na makaron z pesto w postaci, w jakiej najczęściej pojawia się w moim domu. Od razu tłumaczę, że najprawdopodobniej dokonuję cotygodniowego gwałtu na kuchni włoskiej, ale o to, to już zapytam moje ekspertki -  Kasię i Isabel:)


makaron z zielonym pesto
/przepis autorski dla 2 osób i jednego dwuletniego Słodziaka/

pół paczki makaronu (dla nas gotuję najczęściej spaghetti lub tagliatelle, dla Słodziaka penne)
mała pierś z kurczaka (lub 100-150g szynki)
zielone pesto (ok.150g)
ząbek czosnku
10-20 zielonych oliwek
2 łyżki śmietany (18 albo 30%)
starty pecorino (lub inny ser twardy)
oliwa z oliwek



Kurczaka (lub szynkę) pokrojonego w małe kawałeczki smażę na oliwce.
Doprawiam solą i pieprzem albo specjalną mieszanką do kurczaka.
Dorzucam zielone oliwki. Jeszcze chwilę przesmażam i odkładam.
Na tej samej patelni, już bez tłuszczu, lekko podgrzewam pesto i dodaję doń ząbek czosnku, a następnie zabielam śmietaną.
Nie zagotowuję, bo pesto może zgorzknieć.
Wrzucam do sosu kurczaka z oliwkami, a następnie makaron. Jakikolwiek, byle ugotowany al dente w wodzie z solą i oliwą.
Mieszam potrawę tak, by makaron oblepił się sosem.
Zdejmuje z ognia, posypuję serem i zajadamy!



Potrawa ta, smakuje równie dobrze w wersji zapiekanej (wtedy do podsmażonego makaronu dodaję jeszcze łyżkę masła, posypuję serem i wkładam na 15 min. do piekarnika nagrzanego do 200st.)
Warto też pamiętać, że zielonemu pesto najlepiej w towarzystwie dobrze schłodzonego białego wina wytrawnego.

Smacznego!


Ps. na koniec  mała anegdota.
W Polsce cały czas, niektóre potrawy, a szczególnie ich nazewnictwo, są uważane za nieco "wysublimowane", a nawet "udziwnione". Szczególnie oczywiście, gdy mowa o starszym pokoleniu.
Dlatego kupując ostatnio makaron, na jednym ze stoisk Rynku Wildeckiego, zapytałam, niemłodą już ekspedientkę:
- Czy ma Pani makaron, skośne rurki?
- Chodzi Pani o penne? Wybornie smakuje z pesto!
Musielibyście widzieć moją minę!
Jakby mi jeszcze wyciagnęła spod lady orzeszki pinii... hehe:)

wtorek, 20 października 2009

poczwórny łańcuszek


Wywołana przez Leeloo z radością wypełniam ankietę: "Zabawna czwórka".
Odpowiadam bez namysłu – to daje najlepsze rezultaty!



        4 miejsca, w których mieszkałam:
        nie licząc pomieszkiwania w Bambergu i Barcelonie, skupiam się na   rodzinnym mieście
  • Poznań – Dębiec
  • Poznań – Łazarz
  • Poznań – Jeżyce
  • Poznań – Wilda

      






    4 miejsca, do których lubię wracać:
    słowo “miejsce” można rozumieć różnie – ja skojarzyłam je z miastami




  • Barcelona
  • Wrocław
  • Sienna
  • Praga


        4 ulubione potrawy:
  • lasagna
  • pizza
  • chili con carne
  • kaczka w jabłkach

 
        4 potrawy, których nie znoszę:
  • wątróbka
  • grochówka
  • krupnik
  • tłuste mięcha


        4 pasje:
  • literatura, jako poszukiwanie
  • kulinaria, jako spełnianie się
  • muzyka, jako tło działania
  • podróżowanie, jako odkrywanie



          4 miejsca, które bym zwiedziła, gdybym miała taką możliwość:
  • Miejsca w Hiszpanii, w których jeszcze nie byłam
  • Skandynawia (szczególnie Szwecja)
  • Paryż (ale z jakimś fajnym Francuzem, który wyraźnie gada po angielsku:))
  • Stany Zjednoczone (śladami ulubionych obrazów filmowych, zacznę od Nowego Jorku...)



       4 seriale, programy, które lubię:
       aktualnie, jak dla mnie, w tv same szmiry, więc odwołuję się głównie do moich kultów z lat 90-tych
  • Przystanek Alaska
  • Ostry Dyżur
  • Z Archiwum X
  • a od niedawna próbuję się wtrybić w “Dom nad rozlewiskiem” - idzie mi różnie:)


         4 miejsca pracy:
  • kawiarnia (Vergnano do woli)
  • księgarnia (czytania do woli)
  • giełda (niezapomniana praca z J. - sprzedaż kaset i płyt, “Lato z Radiem Rules”:))
  • promocje, ulotki, sprzątanie, bawienie dzieci, korepetycje – typowe zajęcia studenta

          4 rzeczy, które bym chciała zrobić, przeżyć:
  • pracować na siebie, dla siebie i na własne konto
  • wychować Słodziaka na Człowieka a nie człowieczka
  • pogadać z Bolesławem Prusem ok. 120 lat temu, wypic z nim kawę, gdzieś na Krakowskim Przedmieściu
  • pogadać z Bolesławem Prusem tu i teraz, pokazać mu rzeczy, o których marzył a ich nie dożył


         4 ulubione filmy:
         dla mnie to takie, które nie nudzą się nawet gdy oglądam je po raz setny:)
  • Co sie wydarzyło w Madison County”, reż. Clint Eastwood
  • Rozważna i Romantyczna”, reż. Emma Thompson
  • Leon Zawodowiec”, reż. Luc Besson
  • Dom Dusz”, reż. Bille August


        4 ulubionych wykonawców muzyki:
        słucham różnorakiej muzyki, artystów odmiennych, ale tu głównie podaję sentymentalne miłości (dlatego same chłopaki)
  • Bono
  • Nek
  • George Michael
  • Will Downing


    4 rzeczy, które robię po wejściu do internetu:
  • sprawdzam pocztę
  • wchodzę na swojego bloga
  • wchodzę na ulubione blogi
  • odsłuchuję sobie czegoś na you tube











    Tym samym muszę wywołać do zabawy 4 osoby....
    Niech to będą: Siorra, Natalia, Isabel i J.
    Czekam, dziewczęta!










poniedziałek, 19 października 2009

buła

Co zrobić, gdy z obiadu zostanie kilka drożdżowych pyz?


Należy wydrążyć w nich dziurkę, nałożyć do niej trochę śliwkowych powideł, łyżeczkę masła, a na koniec posypać cukrem trzcinowym.
I do piekarnika.
Na 10 min. w 200st.
Aż skórka delikatnie popęka, a buła się  zarumieni.

Łatwe, prawda?
Dobrze, że posłuchałam Mamy i wzięłam od niej te pyzy:)


Oczywiście, jako nadzienie wyśmienicie też nada się nutella, kawałek jabłka czy biały serek.
Smacznego!



Ps. Kto zna Słodziaka, ten wie, że tytuł tego posta jest przez niego wymyślony:)

czwartek, 15 października 2009

Babcia Alina

Zostałam ostatnio szczęśliwą posiadaczką kilkunastu starych książek, z których najstarsza to Langenscheidts Taschenworterbuch der russischen und deutschen Sprache z 1929 roku, z nazistowską wroną na okładce, a najnowsza - wydany w 1989 roku Kalendarz Domowy Babci Aliny na rok 1990.
Z pierwszej, niewiele rozumiem, bo ani niemiecki, ani rosyjski język to nie moja działka. Z drugiej też niewiele rozumiem, ale z innych zupełnie przyczyn.




Po prostu, w głowie nie chce mi się mieścić, że w kalendarzu na rok 1990 można znaleźć, taki wpis:

"Ceny rajstop i trudności z ich nabyciem skłaniają każdą z nas do szczególnej troski o ten, jakże luksusowy, szczegół damskiej garderoby. Według normy żywot jednej pary rajstop powinien wynosić około 200 godzin. Normy normami a w rajstopach oczka lecą częściej, niż byśmy sobie tego życzyły. Jak przedłużyć ich żywot? Jak je oszczędzać?"

Tu następuje lista 11 sposobów na przedłużenie żywota rajtuzów, z których najbardziej kuriozalny, brzmi: " Nowe rajstopy wkładamy na kilka godzin do zamrażalnika lodówki - to je zahartuje."

Od razu prostuję, bo oczy macie już pewnie wielkie ze zdziwienia:)
Kalendarz Babci Aliny, nie jest przedrukiem z początku XX wieku, ani powtórnym wydaniem XIX-wiecznych poradników.
To bieżący kalendarz (na rok 1990), pełen porad dotyczących kuchni, życia, savoir vivre'u i ciekawostek z różnych dziedzin (horoskopy, historia, uroda etc.)
Owszem, kierowany do rzeszy Kur Domowych, Matek Polek i Siłaczek, które jakoś wiązać, muszą koniec z końcem, podawać codziennie na stół pełnowartościowy obiad, a oprócz tego być ozdobą domu.
W sumie, niczym to się nie różni, od wydawanych obecnie poradników: "Pani Domu", "Naj" czy "Świat Kobiety."

A jednak mnie, która w 89 roku miałam 9 lat, przeraża zacofanie, opisane przez autorkę. Jakoś tak wspominam moje dzieciństwo - jako pełne dobra. Tego ludzkiego i materialnego. Zawsze miałam co jeść, niczego mi nie brakowało. Stanie w kolejkach po cukier wspominam, jako fajną zabawę. Sklepy Społem, jako niewyczerpaną skarbnicę świetnych "gadżetów" i tylko prawdziwa, mleczna czekolada pojawiała się faktycznie, dopiero podczas świąt.
Teraz widzę, jak wielka w tym zasługa Moich Rodziców, którzy musieli nieźle kombinować by dać swoim dzieciom, to co najlepsze i im potrzebne. Jednocześnie nie robiąc z tych trudności "wielkiej sprawy".

Ale czy naprawdę pieczarki były grzybem "ekskluzywnym", a ananas "nowinką w świecie kulinariów"?
Tego, tak do końca, nie umiem sobie przypomnieć...
Ludzka pamięć jest wybiórcza. Przez nakładanie się doświadczeń ostatnich lat, wydaje mi się, że od zawsze były stragany pełne kolorowych owoców i warzyw, delikatesy, w których można było kupić słodycze, kawę i przyprawy z każdego krańca świat i sklepy pełne pachnących wędlin i serów.

Tym samym, poniższy opis wydaje się być kuriozalny i oddalony o całe lata świetlne:

"Nigdy jeszcze w naszym kalendarzu nie było mowy o winogronach, bo brak możliwości zakupu tych luksusowych w naszych warunkach owoców, ich cena, skutecznie zniechęcały nas nawet do myślenia o ich smaku(...)"




Tak czy siak, Kalendarz Babci Aliny, wchodzi na stałe do repertuaru moich ulubionych książek poradnikowo-kulinarnych. Właśnie za to, że trąci myszką, za tą patynę, która go pokrywa, za wspomnienia, które budzi. I za szatę, graficzną, stylizowaną na XIX-wieczne magazyny ilustrowane dla kobiet.
Raz na jakiś czas będę Was raczyła nowym wyimkiem z niego.

Na koniec, coś dla, czytelniczek "Wysokich Obcasów" - dość długie, ale przeczytać warto. Podwaliny pod polski feminizm? hehe...


"Pani domu - robot wieloczynnościowy"
Od pani domu wymaga się takich wiadomości i umiejętności, które człowiek zdobywa przez długie lata nauki i doświadczeń. Musi być ona:
- doskonałą ekonomistką , by związać koniec z końcem.(...)
- ekspertem w zakresie towaroznawstwa. Zakup środków spożywczych leży zazwyczaj w kruchych kobiecych rączkach. (...)
- siłaczką. Zakupy trzeba przynieść do domu. (...)
- Dietetyczką, jeśli chce by domownicy byli odżywiani racjonalnie i zdrowo.
- Higienistką i pielęgniarką - (...) wielką potrzebą i umiejętnością jest sztuka zaopiekowania się chorym mężem. Wiadomo, mężczyzna, gdy cierpi ból głowy, albo ma katar - wymaga szczególnie troskliwej opieki, dobrego słowa, domowego ciepła i dobrego jedzenia.
- Pedagogiem - dzieci trzeba wychować.(...)
- Krawcową i bieliźniarką (...)
- zawód służącej, nie jest jej obcy. Śniadania, obiady, kolacje. Mycie naczyń. Porządki. (...)
- jest mistrzem ceremonii. Przygotowuje domowe przyjątka, czasem przyjmuje na obiedzie teściów. (...)
- jest dyplomatką. Zachowuje nieprzeniknione oblicze w czasie jakiś nieprzewidzianych komplikacji towarzyskich, zgrabnie lawiruje wśród zasadzek i intryg.
- jest towarzyszką doli i niedoli męża. wysłuchuje jego zwierzeń tak długo, że nawet sama nie ma czasu się poskarżyć, iż czuje się zmęczona. (...)
- jest żoną i matką. Proszę zwrócić uwagę, że jeśli czytamy lub oglądamy w tv wywiad z jakaś panią - dyrektorem, profesorem, gwiazdą filmową - zawsze jest pytana o to, jak godzi obowiązki matki i żony ze swoją pracą zawodową. Dlaczego nikt nie pyta ministra, piłkarza, aktora, jak udaje mu się połączyć obowiązki zawodowe z obowiązkami męża i ojca?

Wykonanie tych wszystkich zajęć stanowi dla każdej pani pożądany relaks po 8 godz. pracy. No, ale praca zawodowa kobiet to tylko przyjemność i rozrywka. Najlepszy dowód, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. Powinna się cieszyć, że mąż jej pozwala pracować, że inny mężczyzna do tej pracy ja dopuszcza i w pracy nią kieruje. Bo to właśnie mężczyźni najczęściej pełnią kierownicze funkcje.
Jednak sprawowanie władzy jest zajęciem wyczerpującym i stresującym. A przecież mężczyźni są tak delikatni! Częściej chorują i żyją krócej niż kobiety. (...)
Może powinnyśmy wziąć mężczyzn pod szczególną ochronę, odciążyć od ciężkiej pracy i przejąć ster władzy w swoje ręce? Dla relaksu obdarzyć ich przynajmniej niektórymi z tych lekkich zajęć, które panie wykonują każdego dnia."


To jeden, z niewielu fragmentów kalendarza, w którym widać, że pisząca go Elżbieta Lechowicz, była wówczas o wiele za młoda, by nazwać ją "Babcią" i
gdzieniegdzie puszczała oko do młodszych czytelniczek, którym wydawnictwo to, wpadło w ręce:)


Warto dodać, że Babcia Alina reaktywowała się jakiś czas temu w internecie. Na portalu www.potrawyregionalne.pl prowadzi rubrykę porad życiowo-kulinarnych.
Miły to gest w stronę młodszych pokoleń, pamiętających Kalendarz Babci Aliny, jak przez mgłę...
A jednak coś mi świta, że zarówno obie moje Babcie, jak i Babcie moich koleżanek, często do niego zaglądały...
Mam rację J.?




Kalendarz Domowy Babci Aliny na rok 1990
Krajowa Agencja Wydawnicza
Kraków 1989
Tekst: Elżbieta Lechowicz
Nakład: 120 000
cena:2450 zł

wtorek, 13 października 2009

kolorowa patelnia



Danie, o którym dziś napiszę, znane jest pod wieloma różnym nazwami, w wielu krajach basenu Morza Śródziemnego. Francuska ratatouille, włoska peperonata czy andaluzyjskie pisto, to właściwie jedno i to samo. Zmienia się tylko
ilość składników, w zależności od regionu i pory roku, ale o jedno tu chodzi - o smak warzyw, nie zakłócony przyprawami, nie zniszczony przez ich wygotowywanie, tylko wydobywany, za pomocą wzajemnego przenikania się aromatów. A wszystko to, w towarzystwie dobrej oliwy z oliwek i świeżych ziół.
Właściwie, gdy kilka lat temu zaczęłam robić tą warzywną potrawkę, nie miałam pojęcia, że ma ona aż taki rodowód. Wzięłam po prostu kilka warzyw, które akurat
miałam w lodówce, obrałam je, posoliłam i podsmażyłam na oliwie.
Zapachy, które rozniosły się po kuchni, i smak potrawy, przepysznej zarówno na ciepło, jak i na zimno sprawiły, że weszła na stałe do repertuaru naszych kulinariów.
Ratatuja jest świetna jako danie samo w sobie - posypana serem feta czy twardym serem tartym, podana ze świeżym pieczywem. Może być warzywnym dodatkiem do dań rybnych i mięsnych.
Czasem zapiekam ją w piekarniku, innym razem zajadam na zimno jako dodatek do kanapek.
Po wkrojeniu doń kiełbaski - przypomina trochę w smaku węgierskie leczo.
Można wrzucić ją na pizzę lub użyć jako nadzienie do quiche.
Jedno jest pewne - zawsze służy jej mieszanka ziół prowansalskich, która wydobywa z niej francuski charakter.

Dziś, jedliśmy ją z wieprzowymi, mięsnymi kuleczkami, ryżem i dodatkiem sosu jogurtowego.
Podany poniżej przepis jest oczywiście moją fantazją, na temat ratatui.
Nie przepadam za bakłażanami, więc używam tylko cukinii.
Zawsze dodaję czarne oliwki, a tylko czasami pomidory.
















moja ratatuja
/przepis autorski dla 2 osób i jednej głodnej Siorry:)/

średniej wielkości cukinia
10 pieczarek
mała papryka czerwona
mała papryka żółta
10 czarnych oliwek
ząbek czosnku
oliwa z oliwek
sól, pieprz
zioła prowansalskie

Cukinię kroimy w plasterki (jeśli ma ładną, świeżą skórkę, nie obieram jej). Pieczarki obieramy i kroimy na kawałki. Papryczki w paski.
Na rozgrzanej oliwie, złocimy, wyciśnięty przez praskę, ząbek czosnku.
Wrzucamy pokrojoną cukinię, lekko solimy i przesmażamy.
Następnie pieczarki i papryka. Smażymy, lekko mieszając. Niezbyt długo - warzywa mają się po prostu napić swoich soków, otoczyć w oliwie, ale zachować jędrność, a w przypadku papryki również kruchość.
Na koniec wrzucamy oliwki i posypujemy wszystko, świeżo zmielonym pieprzem oraz ziołami.

Jeśli mamy świeży tymianek lub rozmaryn - będzie pasował doskonale.
Dziś użyłam świeżej bazylii - i też było pysznie.

Gotową ratatuję, można posypać pokruszoną fetą i zapiec przez 5-6 min. w gorącym piekarniku.
Łatwe, prawda?
A do tego jakie śliczne!


Smacznego!

poniedziałek, 12 października 2009

rozkoszny kłębek wełny

Z każdej podróży przywozimy pamiątkę.
Lokalny specjał. Najczęściej alkoholowy:)
Z Hiszpanii wracamy zawsze ciężsi - bo butelek jest parę, a jeszcze oliwa, oliwki, wędliny, zapuszkowane owoce morza...
Rzadko przywozimy słodycze. A to chyba dlatego, że nie są tak dobre, jak te z Turcji.
Na szczęście inni do Turcji jeżdżą i  częstują nas swoimi słodkimi pamiątkami z podróży.
Nigdy nie zapomnę rahatłukum, którym uraczyła mnie B.  Siedząc, gawędząc i oglądając jej zdjęcia, zjadłam ich, po cichutku, kilkanaście. I smak pamiętam do teraz. Trochę jak pianka, trochę jak galaretka z różanym aromatem, oblepione cukrem pudrem. Pychota!

A w piątek, tureckimi słodkościami kusiła mnie Maryś.

Pismaniye, którą poczęstowała mnie i J. na pierwszy rzut oka zdawała się...  dziwna. A to i tak spory eufemizm.

Niby z czymś się kojarzyła -wyglądała jak tupecik siwych włosów, a trochę jak wata cukrowa, pachniała jak chałwa, a smakowała...




No właśnie, nie mam słów by ospisać ten smak.  TO, co dzieje się w ustach, gdy kłębki wełny, jak nazywaja pismaniye Turcy,  roztapiają się, pozostawiając przyjemny słodki posmak.
Wstyd mi się przyznać ile owej wełny zjadłyśmy z J. choć wagowo nie przekroczyłyśmy pewnie 100g.
Bo pismaniye jest leciutkie jak puch. Gdy je rozerwać, zajmie cały talerz. Lecz gdy je ubić, uformować w kulkę nie jest większe od kasztana.

Podobno Turcy jadają je do herbaty - już niesłodzonej, mocnej   i podawanej w małych szklaneczkach. Obie - B. i Maryś - przywiozły sobie takie cudeńka do Polski.
Ale jakoś żadnej z nas, nawet nie chciało się wstać by owy CAY zaparzyć. Słodkie cudeńko przybiło nas na długie godziny do kanapy:)
Czy ktokolwiek wie, czy pismaniye można kupić w Poznaniu?
Bo jeśli nie, to zacznę planować przyszłoroczne wakacje...


zdjęcie rahatłukum pochodzi z portalu www.przewodnik.onet.pl
zdjęcie opakowania pismaniye z genta_hgr's photostream na www.flickr.com

piątek, 9 października 2009

ulubione

Wspominałam już niegdyś, że uwielbiam wszelkiego rodzaju ankiety i sondaże. Z kilku różnych źródeł i własnej głowy stworzyłam więc ów kwestionariusz żarłoka:)
Zapraszam do wspólnej zabawy!

Oto moje odpowiedzi:

1. Ulubiony program kulinarny?
Programy Makłowicza. Łączyły moje pasje: podróże, kuchnię i literaturę (myślę tu o potoczystej literackiej mowie Roberta!)




2. Ulubiona książka kucharska?
Gdybym miała wybrać tylko jedną, wygrałby Marek Łebkowski i jego odkrywanie Europy. Więcej TU.


3. Ulubione czasopismo kulinarne?
KUCHNIA. Kiedyś nawet prenumerowałam. Dzisiaj internet jest największym i.. najtańszym bogactwem:)


4. Ulubiony blog kulinarny?
www.whiteplate.blogspot.com


5. Ulubiony felieton kulinarny? 
Kuchnia świata Agnieszki Kręglickiej w "Wysokich Obcasach".


6. Ulubiony sklep spożywczy?
Uwielbiam ryneczki, stragany. Ich atmosferę, kolory i gwar. Lubię też "Almę" i "Lidla" - ale z zupełnie odmiennych przyczyn.


7. Ulubiony owoc?
Arbuz i czereśnie.


 8. Ulubione warzywo?
Pyra i pomidor.


9. Ulubiona wędlina?
Jamon serrano.


10. Ulubione mięso?
Drób. Łatwy i szybki w przygotowaniu. Smaczny i relatywnie tani. Szczególnie mam tu na myśli kurczaczka:)


11. Ulubiony ser?
Parmezan i wszelkie inne odmiany serów twardych (pecorino, gran padano). Gdy nie mam jakiegoś w lodówce, czuję niepokój:)


12. Ulubione ciasto?
Sernik! Zawsze i wszędzie, na wieki wieków. Amen.




13. Ulubiona słodkość?
Czekolada w wydaniu mlecznym.


 14. Ulubiony napój bezalkoholowy?
Kawa, kawusia.


15. Ulubiony napój alkoholowy?
Pierwszy łyk piwa, jak u Delerma:) - ale to latem.
A przez cały rok - czerwone, wytrawne wino.




16. Ulubiona zupa?
Gdy zimno - gulaszowa, gdy ciepło - chłodnik.



17. Ulubiony sos?
Pesto - za jego wszechstronność.


18. Ulubiona ryba?
Łosoś.




19. Ulubione owoce morza?
Mule.


20. Ulubione danie mięsne?
Chilli con carne.


 21. Ulubione danie rybne?
Wigilijny karp mojej Mamy.


22. Ulubione danie mączne?
Lasagna.


23. Ulubiona sałatka?
Klasyczna warzywna. Najlepszą robi oczywiście Mama:)

24. Ulubiona sałata?
Lodowa z vinegretem + czosnek,pomidory i feta
.
25. Ulubione zioło?
Mieszanka ziół prowansalskich - to z suchych.
A ze świeżych -  bazylia.




26. Ulubiona przyprawa?
Bez soli mogę się obejść. Bez pieprzu nie. Pieprzę wszystko:)

27. Ulubione pieczywo?
Nie ma to jak pszenny chleb z chrupiącą skórką. Najlepiej jak jest jeszcze gorący.


28. Ulubiona restauracja w Twoim mieście?
Sorella na Ślusarskiej 4 w Poznaniu. Tanio, smacznie, miło. Jeszcze się nie zawiodłam.


29. Ulubiona knajpa w Twoim mieście?
Dragon na Zamkowej 3. Dobre zwieńczenie popołudnia w Cacao Republice. Jeszcze nie dorobił się w Poznaniu, godnej mu konkurencji.

30. Ulubiona kawiarnia w Twoim mieście?
Cacao Republika na Zamkowej 7. Wielki sentyment dla kawy Borgia i wina Llegado Munoz. Plus wszędobylski zapach czekolady i dobrego tytoniu. Rarytas.

31. Ulubiona restauracja poza Twoim miastem?
Większość hiszpańskich, w których jadaliśmy:)



W Polsce - Pod Papugami we Wrocławiu, Sukiennice 9a.


32. Ulubiony knajpa poza Twoim miastem?
Piwnica Pod Aniołem, Toruń, Rynek Staromiejski 1  - byłam tam raz, a zapamiętam na całe życie.



33. Ulubiona kawiarnia poza Twoim miastem?
Chłodna 25 - Warszawa. Mieć coś takiego w Poznaniu - marzenie. Kawa wybitna!


34. Ulubiony smak lodów?
Waniliowe, śmietankowe, malaga, jogurtowe.

35. Ulubiona kawa?
Z ekspresu ciśnieniowego, mocna ale aksamitna, z ciepłym, spienionym mlekiem.



36. Ulubione śniadanie?
Kawa z rogalem lub mięciutką bułą, twarożek, dżem.


37. Ulubiony obiad?
Taki, który ktoś dla mnie ugotuje:)


38. Ulubiony podwieczorek?
Kawałek dobrego, świeżego ciasta i kawa.

39. Ulubiona kolacja?
Staram się nie jadać kolacji. Najczęściej to grzanka z pesto i serem.

40. Ulubiona kuchnia narodowa? 
Miks tego, co najlepsze u Hiszpanów i Włochów.

czwartek, 8 października 2009

pozytywnie

Ani to BOOK ani to COOK.
Ale radocha rozpiera mnie już od kilku dni, bo 31 października w poznańskim Blue Note wystąpi Mateusz Krautwurst z zespołem The Positive. Chłopaki już koncertowały w Poznaniu w kwietniu i koncert dali popisowy. Nogi same rwały się do tańca, dłonie do oklasków, usta do śpiewania.
Razem z Mama i Siorrą nie mogłyśmy usiedzieć przy stoliku.
Mam nadzieję, że tym razem organizatorzy koncertu pozostawią trochę więcej miejsca do przytupów.

A głos Mateusza to temat sam w sobie - energia, dreszcze, aksamit i dzwon.
Będzie bosko!


Info o zespole znajdziecie TU i TU
A więcej o koncercie na stronie Blue Note.
Do zobaczenia!

Ps. w sumie Mateusz pasuje do tego kulinarnego bloga, bo nazwisko jego po polsku znaczy tyle co kiełbasa ziołowa, a do tego... niezłe z niego ciacho:)

krok po kroku

Dobrze mi się ostatnio pisało o kuchni włoskiej, więc napiszę jeszcze słów kilka...

Lubię kuchnię włoską za prostotę wykonania większości potraw.  Ich przyrządzanie jest na tyle łatwe, lekkie i przyjemne, że można gotować wprost na przyjęciu, z kieliszkiem winna w ręku, swobodnie konwersując, a potrawa, i tak się uda.
Wiadomo jednak, że początki wszelkiej kulinarnej podróży nie są łatwe.
Początkującego kucharza czeka wiele przesolonych makaronów, niedopieczonych ciast, przypalony sosów i żylastych mięs.

Książka, o której zaraz napiszę jest jednym z najlepszych elementarzy gotowania po włosku.
Co prawda, jest to przedruk z niemieckiego, ale jako, że Niemcy są kuchnią włoską prawdziwie zafascynowani myślę, że jest, mimo wszystko, wiarygodna.

Osoby kulinarnie zaawansowane, odstręczyć może łopatologiczne tłumaczenie niektórych czynności i opisy typu: co to jest wyciskacz do czosnku i jak go używać:)
Dla osób debiutujących, jest to natomiast, pozycja obowiązkowa. Pierwsza część książki bowiem, opisuje i pokazuje na fotografiach, wszystkie ważne w kuchni czynności: sparzanie i obieranie pomidorów,  patroszenie ryb, czyszczenie owoców morza, ugniatanie ciasta na pizzę etc. Wymienia wszelkie niezbędne przyprawy, które warto mieć w kuchni, oraz listę sprzętu nieodzownego do włoskiego gotowania.

Przepisy są różnorodne i podzielone na następujące rozdziały:
przystawki
sałatki
zupy
makarony
pizza, gnocchi i ryż
ryby
drób
inne mięsa
desery

Każdy, natomiast, przepis składa się z następujących części:
zakupy - to dział, z którego dowiesz się, co należy nabyć do danej potrawy, gdzie najlepiej owe produkty kupować i ew. czym można zastąpić trudny do zdobycia produkt
składniki - dokładny spis ingrediencji, wraz z przyprawami.
sprzęty - dzięki temu spisowi, wszystkie potrzebne sprzęty, możemy mieć przygotowane pod ręką
czas - dzielony na czynności wstępne, przygotowywanie, rozmrażanie, etc.
wartość odżywcza - ważna, a często pomijana informacja w książkach kulinarnych
czynności wstępne - czyli co przygotować sobie wprzódy, żeby uniknac bałaganu i chaosu.



Następnie przechodzimy do przepisu jako takiego i tu kryje się największe bogactwo tej książki. Każdy bowiem przepis, ilustrowany jest aż 12 zdjęciami.Fotografie przedstawiają zarówno czynności jak i wygląd potrawy. Dzięki temu możemy być pewni, jak powinna wyglądać np. konsystencja ciasta, grubość krojonych kawałków, kolor sosu etc.
Gdy rozpoczynałam  kulinarne zmagania, to właśnie było moją największą bolączką. Często dzwoniłam do Mamy, czy innej osoby, od której miałam akurat przepis i dopytywałam o wygląd potrawy na poszczególnych etapach jej przygotowania.

Pod każdym przepisem dodatkowo znajdują się rozdzialiki:
wariant potrawy (czyli właściwie mamy tu przepisów o wiele więcej niż w spisie treści),
rady (czasem jest to ciekawostka na temat produktu, czasem godna zapamiętania porada)
jeśli coś zostanie - omawia dokładnie, jak przechowywać potrawę, czy wolno ją zamrażać i jak sprawić by  nie utraciła świeżości.

Przy tej ilości informacji, jeśli dobrze wczytać się w poszczególne rozdziały, przygotowanie żadnej potrawy nie powinno nastręczać trudności. Oczywiście z powodu wielości info przepisy nie mieszczą się na jednej stronie, ale zajmują ich od 3-5. To jedyne co utrudnia odbiór i każe wertować książkę w czasie gotowania. Może większy format książki,  pozwoliłby uniknąć tego problemu.
A! i jeszcze jedna ważna sprawa - wszystkie potrawy są podane również w oryginalnie brzmiącej nazwie.
Są też dwa indeksy: po polsku i po włosku.

W każdym razie, gorąco polecam wszystkim tym, którzy ciągle się boją, że nie dadzą sobie rady w kuchennych zmaganiach:)



Kuchnia Włoska
seria Mała Szkoła Gotowania
tłum. Bożena Szwajewska
wyd. Diogenes
Grupa wydawnicza Bertelsmann Media
Warszawa 2002
stron 239
oprawa twarda
cena: 34,90

poniedziałek, 5 października 2009

po włosku

Kuchnia włoska to chyba najbardziej popularna kuchnia europejska w Polsce. Przynajmniej jeśli sądzić po ilości pizzerii, spaghetterii i na różne sposoby zmodyfikowanych dań kuchni włoskiej, w każdym niemal, restauracyjnym menu.

We Włoszech byłam tylko raz, wiele lat temu, z wycieczką pielgrzymko -podobną. Starym Ikarusem przemierzyliśmy trasę z Poznania pod sam Neapol.
Krajobrazy, poznani ludzie, klimat, architektura i sztuka - to wspomnienia nieocenione.
Co do włoskiej kuchni jednak - nie poznaliśmy w zasadzie nic - bo wszystkie produktu łącznie z chlebem wieźliśmy z Polski. Jedyne co jadłam na miejscu to pizza na sztuki, sprzedawana na każdym niemal rogu, no i oczywiście, włoskie lody. Jedno i drugie przepyszne.
I, o ile lody w Polsce, coraz częściej przypominają te włoskie ( szczególnie Grycan), to pizzy na sztuki, w niskiej cenie i na każdym rogu niestety brak. Jeśli ktoś zna takowe miejsce, gdzie na mały głód i szybki posiłek można kupić kawałek dobrej pizzy na cienkim spodzie, proszony o namiar:)

Wracając jednak do kuchni.
W samej Italii nie poznałam zbyt wielu smaków, mam jednak w swoim otoczeniu osoby, zafascynowane włoską kuchnią i kulturą, i od nich dowiaduje się czego trzeba.
Wanda, która spędza, niemal co roku, kilka dni w Toskanii, przywozi stamtąd oryginalne produkty, ciekawostki i przepisy, które następnie mamy okazję razem wypróbowywać.
Kasia natomiast spędziła we Włoszech wiele miesięcy na przeróżnych stypendiach i mam plan niecny, by zrobić z nią mały wywiad na temat włoskiej kuchni. Szczególnie zaś, kuchni Lacjum, bo najwięcej czasu spędzała w Rzymie i w dodatku mieszkała z rodowitymi Włoszkami.

Obie moje włoskie informatorki twierdzą jedno - w przypadku makaronu Polacy przerobili wszystko na swoja modłę. Jesteśmy, bowiem, przyzwyczajeni do zawiesistych, tuczących i gęstych sosów. W sosie lubimy mięso i ryby, sosami polewamy ziemniaki, ryż, no i oczywiście makaron. A w większości przepisów kuchni włoskiej na makarony, jest on jednak tym sosem, tylko oblepiony.
W takim stylu ostatnio gotuję, i muszę przyznać, że teraz dopiero, w pełni doceniłam smak makaronów, teraz dopiero wyczuwam czy dobrze się ugotował, teraz nie dziwię się, że Włosi używają różnych rodzajów pasty do różnych sosów - bo dobrze z nimi współgrają i stanowią o wartości potrawy.

Słodziak upodobał sobie klasyczne al fredo czyli makaron z masłem, odrobiną śmietany i parmezanem (najczęściej używam gran padano lub pecorino zamiast oryginalnego parmezanu bo są po prostu tańsze, a równie smaczne)
My z Wojtasem, natomiast, lubujemy się w pesto na zmianę z bolognese w wersji jednak oblepionej, a nie kapiącej:)

Dziś akurat na obiad było spaghetti z sosem bolońskim.
Jeśli mam czas, sos robię sama. Jeśli nie - używam gotowego.
Spaghetti Bolognese z firmy Combino (do kupienia w Lidlu) kosztuje tylko 3,99 za 530g a jest rewelacyjny! Nie trzeba go w ogóle doprawiać.
Trochę droższy jest Sugo alla bolonese z firmy Fattorie Umbre (do kupienia w Almie - 5,99/280g) - ten jest odrobinę kwaśniejszy, więc dodaję doń cukru.
Podaję jednak mój przepis autorski na sos boloński.



spaghetti po bolońsku
/dla 2 osób
przepis autorski/

pół opakowania makaronu spaghetti
25dkg dobrego mielonego wieprzowo-wołowego
marchew
cebula
kawałek selera
kawałek pietruszki
ząbek czosnku
puszka pomidorów pelati
łyżka masła
opcjonalnie mały koncentrat pomidorowy


Mięso mielone podsmażam dobrze na oliwie z oliwek, soląc je i pieprząc. Rozdrabniam je widelcem na jak najmniejsze części. Gdy jest gotowe - odstawiam.
Na oliwie szklę cebulę z czosnkiem i dodaję pokrojone w drobną kosteczkę: marchew, seler i pietruszkę (wcześniej lekko je gotuję).
Masę warzywną przesmażam przez ok 5 minut. Następnie wrzucam mięso i pomidory z puszki. Jeśli jest za dużo soku zagęszczam koncentratem pomidorowym (wystarczy mały słoiczek lub 2-3 łyżki). Jeśli nie mamy go pod ręką, trzeba wygotować nadmiar wody z sosu i poczekać aż naturalnie zgęstnieje.
Makaron gotuję al dente w wodzie z solą i odrobiną oliwy.
Odsączam go na sicie i wrzucam na patelnię lub wok. Mieszam z sosem, dodaję łyżkę masła i przesmażam jeszcze chwilę.
Makaron można również wrzucić do naczynia żaroodpornego i podgrzać z masłem w piekarniku.
Układam porcję na talerzach, posypuję startym pecorino i stroję listkami bazylii, koperkiem lub co tam mam akurat zielonego pod ręką:)


Spaghetti zawsze występuje u nas w parze z sałatą. A mój ulubiony sposób jedzenia to miks - na tym samym talerzu, w tym samym czasie, by sałata i makaron z sosem przeniknęły się smakami i zapachami. Zawsze mi się to wydawało dość nieokrzesane i wbrew wszelkim bon tonom, jednak Wanda niedawno powiedziała mi, że w Toskanii wszyscy spotkani przez nią tubylcy tak właśnie jedli. Co więcej - robili sobie zagłębienie w makaronie i tam wrzucali sałatę!
Nie czuję się więc barbarzyńcą;)


A skoro już tak sobie swobodnie plotę o kuchni włoskiej, to powiem jeszcze, że moja ulubiona litera we włoskim alfabecie to P.
A dlaczego?
Bo ona jedna wystarczy na wspaniały obiad!


Na pierwsze danie: Pasta z Pesto i Pecorino (ew. Parmezan),
na drugie: Pizza z Prosciutto i Pomidorami,
a na deser Panna cotta i Prosecco.
Prawda, że Pysznie?

cdn.

sobota, 3 października 2009

kawa, kawusia

Jeszcze nie tak dawno temu, nie miałam pojęcia co oznacza słowo barista i nawet nie spodziewałam się, że znam jednego z nich:)
Aż nagle, tak jakoś przypadkiem, poznałam przemiłą żonę pewnego baristy i trafiłam na blog drobno mielony, z którego dowiedziałam się reszty.
Barista to, po prostu, mistrz parzenia kawy.
A kawa to jeden z najbliższych mi tematów:)

Ci, co mnie dobrze znają, a szczególnie Wojtas i Siorra, wiedzą, że brak dobrej kawy psuje mi humor niemal na cały dzień. Potrafię marudzić nieustannie, być nieznośną i złośliwą, jeśli w kawiarni podadzą mi kawę, która nie jest taka, jaka być powinna. W większości miejsc, na większości wyjazdów, marzę tylko o chwili, kiedy usiądę w jakiejś miłej kawiarni i napiję się tego ukochanego naparu.
Od kawy zaczynam dzień i tylko resztki zdrowego rozsądku sprawiają, że kończę go jednak herbatą z melisy:)
Gdy łykam upragnioną kawę, podobno wydaję przedziwne dźwięki rozkoszy...

W każdym razie, moje życie dzielę na pół.
Do momentu kiedy nie zaczęłam pracować w jednej z poznańskich knajpek, nie wiedziałam, co to prawdziwa kawa.
Tam zastałam przemiłego szefa, który kaw pozwalał pić do woli.
A kawę serwował Vergnano i ekspres posiadał wielkiej urody.
A najfajniejszy z wszystkiego był przedstawiciel handlowy Vergnano - już nawet nie pamiętam jak miał na imię - ale o kawie wiedział wszystko. Jak mielić, jak rozgrzać ekspres, jak spienić mleczko, jak powinna wyglądać latte a jak macchiato i czym różni się ta ostatnia od cappuccino. Że filiżanka powinna być podgrzana, a mleko odpowiednio zimne. I jak robić na piance przepiękne wzorki, i jak dopieszczać ekspres i czyścic kolbę by uzyskać głębię aromatu.
Jednym słowem, barista był z niego prawdziwy, a w dodatku przystojny jak diabli:):)
A zaparzona przez niego Vergnano, to był raj w gębie i początek moich kawowych odkryć.

Teraz, sama posiadając cudo firmy Saeco, próbuję bawić się w baristkę i mimo braku dyplomów, kursów i nagród, tak pięknie przystroiłam sobie poranna kawkę:)





Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz

Księga II, Zamek

[...]
Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:
W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
[...]